Forum StarCraft RPG
autorska gra fabularna
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

SESJA STORYTELLING (dyskuszyn)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum StarCraft RPG Strona Główna -> Sesja - Zerdal
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
yuen
Broodling


Dołączył: 09 Lip 2009
Posty: 23

PostWysłany: Pon Lip 13, 2009 10:56 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Chyba sobie kpisz...

Jakie gowno? Kto stracil rozum?! Zastanow sie, co ty w ogole mowisz. Tworzymy te sesje RAZEM, tak? Podaj mi powod, dla ktorego uwazasz, ze ciagniemy te opowiesc w bagno. Bo jakos ja tego nie widze. To ze sie wczoraj z wojtkiem klocilismy nic nie zmienia - jak widzisz historia szla do przodu. Co jest komplentym zniszczeniem/oszpeceniem? To ze Lancaster i Spencer to dwie kompletnie rozne osobowosci? Ze sie nie dogadali na wstepie po twojej mysli? Kto powiedzial, ze sa JAKIEKOLWIEK szkody? Jak na razie, to ty nic nie wrzuciles do samej fabuly, jedynie krotkie wprowadzenie swojego bohatera, a rzucasz teksty, jak wielki nadzorca, ktoremu dzieci dorwaly sie do jego dziela.

O czym mowisz? Czego nam sie nie chcialo zrobic? Naprawde, powiedz mi - czego?
Sam sobie przydzieliles nadzor, korekte, itp - zapytales chociaz kogos, czy by chcial moze sie tym zajac? Nie. Na razie to dla mnie zaangazowales sie najmniej. Przez 5 stron, to my z wojtkiem ciagnelismy historie do przodu.

NIE MA ZADNEGO BAJZLU!!! Gdzie ty go widzisz?! Ze Spencer i LAncaster sie nie dogadali, ze z wojtkiem sie klocilismy POZA SESJA, to jest bajzel?

Przypominam ci ze podstawowym zalozeniem tej sesji jest to, ze kazdy w takim samym stopniu ja wspoltworzy. Wiec naprawde nie zachowuj sie jak totalitarny dyktator, ktory musi miec wszystko po swojemu.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Zerdal
Łowca


Dołączył: 28 Wrz 2006
Posty: 701
Skąd: Zerus

PostWysłany: Pon Lip 13, 2009 11:02 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Naprawdę uważasz że tamten fragment nie był gówniany? Ja uważam że tak. Różnica osobowości swoją drogą, ale nie żeby akceptować coś co jest mierne.. To była straszną dłużyzną, której można było uniknąć, gdybyście lepiej uzgodnili parę rzeczy. Poza tym przeoczyliście niektóre elementy - np. wchodząc do siedziby scotland Yardu powinniście opisać tłoczącą się prasę wypytującą przedstawiciela policji.

Jeśli zadziałałem autorytarnie, to nie zrobiłem tego z przyjemności, ani dla własnej radochy, tylko dlatego że widzę że sesja z czegoś fajnego przekształca się w jakąś kompletną chałę.

Moja propozycja jest taka - jutro wrzucę swoją propozycję zamienną - jeśli z Wojtkiem uznacie ją za gorszą od waszego "porywającego" dialogu, to przywrócę treść wszystkich wyczyszczonych postów. Jeśli faktycznie będzie lepsza - gramy wszyscy dalej, zapominając o całej sprawie. To jak?
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
yuen
Broodling


Dołączył: 09 Lip 2009
Posty: 23

PostWysłany: Pon Lip 13, 2009 11:09 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ja nie uwazam. I w tym momencie jest 1:1. Nie pytales nikogo o opinie, o zgode. Jak mielismy to rozegrac? W trzech zdaniach? Poza tym zapomniales o jednej rzeczy - to, co pisalismy teraz z wojtkiem, to byl draft, czyli wstepny tekst, ktory mielismy potem wspolnie z nim przeredagowac i wkleic juz oficjalnie. A ty w polowie stwierdzasz, ze to jest chujowe i wywalasz.
Przeoczylismy? A moze akurat nie bylo prasy? Moze w MOJEJ wizji jej nie ma, bo np. ja wypieprzyli, albo nie byl to na tyle wazny szczegol, zeby go uwidaczniac. Takim sposobem, to mozna ksiazke napisac.

Nie wazne z jakich pobudek dzialales, po prostu tak nie dzialaj. Mowie po raz kolejny, ta sesje tworzymy wszyscy. Jesli ci sie cos nie podoba, to to przedyskutuj!

Nie. Jakbysmy najpierw to przedyskutowali, ty bys rzucil haslo "ej, sluchajcie, rzuce jutro swoja wersje, moze bedzie lepsza", to moze by przeszlo. Ale z tego prostego faktu, w jaki sposob zagrales, sie na to nie zgadzam.

Nie bede tolerowal takich zagrywek.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Zerdal
Łowca


Dołączył: 28 Wrz 2006
Posty: 701
Skąd: Zerus

PostWysłany: Pon Lip 13, 2009 11:24 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Chciałem to przedyskutować dzisiaj u Ciebie nie moja wina, że ze strony Wojtka zainteresowanie było żadne.
No dobra, może zadziałałem za ostro, ale nadal uważam że ten fragment jest gówniany i nadaje się do wyrzucenia/mocnego przeredagowania.

Here it is....

Michael Harman
-----------------------------------------------------------------------------------
Pierwszy dzień tygodnia pracy, zanim jeszcze na dobre się zaczął, dla trzydziestoośmioletniego inspektora Josepha Spencera już był parszywy. W nocy z niedzieli na poniedziałek został przydzielony do uspokojenia licznych pod koniec tego weekendu pijatyk przy słynnej z takich ekscesów Temple Bar.
- Przy tej brudnej uliczce jest chyba z dwieście pubów! Jak się chce tam utrzymać względny spokój i porządek to trzeba wysyłać regularnie patrole, a nie zrywać mnie środku nocy i przydzielając paru durniów z drogówki liczyć na cud! –
Spencer powoli ogarniał ciasną i ciemną kawalerkę, upchnął pod szafą zabłocone po interwencji na Temple buty i wyciągnął drugą, starszą parę. Przez niedomykające się okno wpadały do mieszkania chłód i odgłosy budzącej się do życia Drury Lane. Jednym ruchem zgarnął z podłogi walające się części garderoby i wrzucił do szafy, potem zabrał się za poranną toaletę przy wiszącym koło drzwi lustrze i przezornie wczoraj przygotowanej miednicy lodowatej wody.
- Cholerny Chambers… - mruczał pod nosem jedną reką nakładając pędzlem piankę do golenia, a drugą dopinając szelki.
Gdy był już w połowie ruchliwej The Strand zaczął padać deszcz. Z początku drobny, ale Spencer zbyt długo mieszkał w Londynie żeby dać się zmylić. Przyspieszył kroku. Zabłoconą ulicą kursowały załadowane wozy, z rzadka przemykała dorożka. Pod kołami i końskimi kopytami rozbryzgiwały się na wszystkie strony błoto i mętna deszczowa woda z kałuż. Spencer zręcznie unikał strug zalewających wąskie pobocze, ale jego długi, przeciwdeszczowy płaszcz i tak nosił już pierwsze ślady błota. Od strony Tamizy ciągnęło chłodem i wilgocią wyczuwalną nawet w padającym coraz mocniej deszczu. Detektyw kupił od uciekającego już pod zadaszenie gazeciarza dzisiejszy numer The Daily Telegraph i z tak zaimprowizowanym daszkiem skręcił w Craven Street zagłębiając się w sieć uliczek blisko nabrzeża. Od siedziby Scotland Yardu dzieliło go parę chwil szybkiego marszu. Dochodziła siódma."

Yuen
-----------------------------------------------------------------------------------
ok, na razie bede pisal taki draft, na zasadzie mniej-wiecej. potem sie to posklada i poulepsza.

Następnego ranka Jamesa Lancastera obudziło stukanie do drzwi. Na zegarze była godzina dziewiąta. Przez nocną eskapadę do portu trochę zaspał.
W drzwiach napotkał kuriera z wiadomością, aby udać się do firmy. Podziękował kurierowi i zaczął przygotowywać się do wyjścia. Cofnął się jeszcze tylko, przywołał kuriera i nadał wiadomość, w której odwołuływał swój udział w polowaniu. Lepiej teraz, niż tłumaczyć się po, tak nie przystoi gentlemanowi. A miał silne przeczucie, że sprawa Orana II zajmie mu cały dzień. Albo i cały tydzień.
Po wyjściu z domu skierował się do siedziby New World Company. Sprawa statku wywołała w mieście większy szum, niż się spodziewał. Kilka gazet poświęciło jej nawet pierwszą stronę.
Po przybyciu do firmy mocno się rozczarował. Myślał, że to nagłe wezwanie związane jest z tym, że ta jest w posiadaniu jakiś informacji. Było wręcz przeciwnie - nikt nie wiedział nic. Tak naprawdę jedynym tropem był fakt, że sprawą - mniej lub bardziej - zajmuje się Scotland Yard.
Idąc ulicą James odczuwał skutki pobytu w Indiach - nie wziął parasola. Dzięki bogu, miał chociaż kapelusz, który chronił go przez całkowitym przemoknięciem. Siedziba Scotland Yardu była całkiem niedaleko. Wszedł na The Strand. Przy Craven Street nieco się zagubił i musiał spytać o drogę. Zadziwiał go widok aż tylu automobili. Niesamowite, ile ich przybyło w przeciągu dwóch lat. Jak wyjeżdżał, widziało się je okazyjnie, teraz - w przeciągu dziesięciu minut naliczył ponad tuzin.
Zanim się zorientował, stał już przed okazałym budynkiem Scotland Yardu. Wyczyścił buty, otrzepał się z deszczu i wszedł do środka. Panował tam lekki półmrok, jak to zwykle w takich budynkach. Recepcjonistka skierowała go na pierwsze piętro, do dużej sali po lewej stronie.
- Widzę, że wydzielili osobną salę dla rozżalonych petentów. - powiedział sam do siebie, wchodząc po schodach.
Wszedł do pomieszczenia i, jak się spodziewał, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Znalazł pierwszego lepszego człowieka, który wyglądał na znudzonego. Na tabliczce na biurku odczytał "Oficer śledczy Joseph Spencer". Niech będzie. Podszedł, poczekał aż ten zwróci na niego uwagę, i powiedział:
- Witam serdecznie. Mam ważną sprawę...

Michael Harman
-----------------------------------------------------------------------------------
"Praca nie kleiła się. Po dokończeniu raportu o zakłócaniu porządku przy Temple Bar ostatniej nocy, wziął się za porządkowanie kartotek z ostatniego miesiąca, które ciągle odkładał na później. Po prawie dwóch godzinach zrobił sobie krótką przerwę. Zakasał rękawy i poluzował kołnierzyk starając się odprężyć, ale, co mu się rzadko zdarzało, nie potrafił. Coś było innego w atmosferze budynku. Rozglądnął się po sali zastawionej biurkami ze stosami papierów i wszelkich przyborów papierniczych. Panował zwykły o tej porze gwar i krzątanina, ale jakoś inaczej niż zwykle. Spojrzał jeszcze raz na sfatygowany egzemplarz Daily Telegraph, który zakupił rano. Na pierwszej stronie było wielkie zdjęcie okazałego żaglowca, a pod nim tytuł: „Tajemniczy statek zawinął do London Dock”. Słyszał, że wydzielono u nich komórkę do zajęcia się tą sprawą, więc musiało chodzić o coś więcej niż zwykła epidemia, którą mogły swobodnie się zająć służby medyczne. Morderstwo? Jakieś porachunki między marynarzami? A może oszustwo między współudziałowcami wyprawy? Rzucił ze zniechęceniem gazetę na blat. Miał inne rzeczy do roboty niż zajmowanie się głupotami. Pociągnął łyk kawy i już miał zamiar sięgnąć do szuflady po tytoń, gdy jak spod ziemi wyrósł przed nim elegancki, młody jegomość.
- Witam serdecznie. Mam ważną sprawę…-
Spencer zachłysnął się kawą i zaniósł się bolesnym kaszlem. Spojrzał na eleganta z wyrzutem. Przechylił się na krześle i balansując zajrzał nieufnie za plecy gentlemana.
- Nie wątpię, że pan ma, ale trochę się pan pomylił. Oficer dyżurny rezyduje na parterze, tu jest wydział śledczy nawiasem mówiąc bardzo w tej chwili zajęty wydział. – wskazał szerokim gestem na swoje zagracone biurko.
- Pójdzie pan schodami w dół, dokładnie tak jak pan tu przyszedł i na parterze zapyta panią Stacy, taką miłą starszą panią, która…-"

Rozumiem, że będziesz chciał coś wtrącić

P.S. Może być?

Yuen
-----------------------------------------------------------------------------------
- Dziękuję, jestem jednak pewien, że pani Stacy odeśle mnie z powrotem do pana. Przejdę od razu do konkretów. Chodzi mi o statek, ten - tu wskazał na nagłowek gazety leżącej na biurku Josepha. - Chciałbym uzyskać jakieś informacje odnośnie całego zajścia z nocy. Wiem tylko, że państwo się tym zajmujecie... Przepraszam, mogę usiąść?

Michael Harman
-----------------------------------------------------------------------------------
Spencer przyjrzał się krytycznie młodzieńcowi, jeszcze raz rzucił okiem na zdjęcie. Mężczyzna nie wyglądał, ani nie zachowywał się jak dziennikarz, mimo to interesował się tym „głodnym kawałkiem”. Więc kim był? Krewnym kogoś z załogi? Współwłaścicielem? Właściciel nie przychodziłby do niego jak petent. Spencer szedł o zakład, że na posiedzeniu współudziałowców wiedziano sto razy więcej niż on w tej chwili. Rozluźnił się odrobinę. Nie wyglądało to na nic szczególnego… a szkoda.
- Oczywiście, proszę usiąść, ale na litość boską proszę mi chociaż powiedzieć kim pan jest, bo czuję, że trochę gonimy w piętkę. – odpowiedział nie kryjąc drwiny.
„No cóż… przynajmniej mam pretekst, żeby oderwać się od tych papierów.” pomyślał w duchu."

Piłka w grze

Yuen
-----------------------------------------------------------------------------------
-Dziękuję - odpowiedział James. - Przepraszam za niegrzeczność, nazywam się James Lancaster i zostałem oddelegowany z ramienia spółki NEw World Company, w celu wyjaśnienia sprawy związanej właśnie z Oranem II, czyli tym statku "widmo", czy jak go tak opisują gazety. Gwoli ścisłości - jestem współwłaścicielem.
PRzerwał, po czym dodał, jakby po krótkim namyśle:
- Wie pan, nikt nic nie wie, jest pan niejako naszą ostatnią deską ratunku...

Michael Harman
-----------------------------------------------------------------------------------
"Detektyw odruchowo zanotował na luźnej kartce nazwisko Lancaster i nazwę spółki. Złapał się na tym, że odruchowo zaczął planować śledztwo, ale nie był zdecydowany czy gra jest warta świeczki pod czujnym okiem tego niedźwiedzia Chambersa. Zaczął się zastanawiać.
„Po kolei, okręt przybywa do portu w środku nocy. Jest to statek prywatny, a wyprawa zawiązana w charakterze spółki, mimo to Yard zajmuje się nim ze szczególną troską zaraz po przypłynięciu. Nawet zakładając, że popełniono przestępstwo i chodzi o dobro śledztwa to brak jakiejkolwiek wiedzy o stanie rzeczy przez zarząd spółki jest dość dziwny. Chyba, że ktoś ze spółki jest podejrzany i ten biedak ma po prostu zbyt małe udziały, żeby znać całą prawdę…”
Nadal nie wyglądało to przekonywująco. W każdym razie potrzebował więcej informacji.
- Nikt nic nie wie? A łączność ze statkiem? Nie mieliście żadnego przedstawiciela na pokładzie? Nikt z was nie czekał w porcie na jego przybycie? –

Yuen
-----------------------------------------------------------------------------------
James patrzył z nieukrywanym zaciekawieniem na zamyśloną minę detektywa. Usiadł. W końcu detektyw, jakby namyślił się, zaczął zadawać pytania. O to chodziło!
- Nikt. Ani my, ani prasa, ani ludzie w porcie, ani policja na miejscu akcji. Jedyne, czego się dowiedziałem, to to, żeby udać się z pytaniami do was, oraz że na miejscu akcji kręcili się jacyś ludzie, których tożsamości nie znała nawet policja. Ostatni przekaz radiowy otrzymaliśmy trzy dni temu, kiedy statek przepłynął Kanał Sueski. Podejrzewaliśmy potem awarię radia. - mówiąc, próbował ułożyć te informacje w jakąś sensowną całość, jakieś logiczne wytłumaczenie.
- Przedstawiciel na pokładzie oczywiście był, ale - jak pan wie - nie ma do niego dostępu. Nie wiadomo w ogóle, czy żyje. Wydaje mi się, że kilka osób z załogi zostało gdzieś przewiezionych automobilem. Odpowiadając na ostatnie pytanie - szczerze mówiąc nie wiem, czy oprócz mnie ktoś tam był, czy czekał... - Teraz, jak James się nad tym zastanowił, wydało mu się to dziwne. Rzeczywiście nie słyszał, żeby ktoś był w porcie po odbiór statku. Otrząsnął się z zamyślenia
- Wie pan, trochę siedzę już w tym biznesie i widziałem wiele przypadków, kiedy statki przybywały z syfilisem, cholerą, ospą, czy innymi chorobami. Nigdy nie było aż takiej blokady. Zależy nam na szybkim wyjaśnieniu sprawy i zapewniam pana, że nic świadomie przed panem nie ukrywam. - W sumie nie wiedział, czemu wypowiedział ostatnie słowa...

Michael Harman
-----------------------------------------------------------------------------------
"Spencer znowu się zamyślił. „Tylko spokojnie. Może się jeszcze okazać, że to jedno wielkie nieporozumienie. Trzeba wykonać jeszcze jeden test…”
- Dobrze… postaram się panu pomóc. Ale wie pan, może nie ma w ogóle sprawy? Niech pan pójdzie na górę do komendanta Chambersa. Pokój dwadzieścia dwa w końcu korytarza, ze złotą plakietką. Jakby się ktoś interesował to pan mnie tylko o drogę pytał. –
Policjant puścił Lancasterowi porozumiewawcze mrugnięcie. Otworzył szufladę z lewej strony biurka, wyjął notes i przepisał dotychczasowe notatki. Następnie zwrócił się ponownie do swojego rozmówcy.
- Jeśli natrafi pan na ścianę, to pod żadnym pozorem niech pan do mnie nie wraca. Proszę mi zostawić numer telefonu, pod którym pan będzie dostępny dzisiaj koło dwudziestej. Niech pan ma przy sobie coś do pisania, bo najprawdopodobniej będę miał do pana parę próśb.-"

Jeszcze raz krótko, a potem mam zamiar się trochę rozpisać. Chyba, że z waszych deklarek wyniknie coś nieoczekiwanego. Proponuję Zerd, żebyś zaczął już kminić akcję ze swojej strony (jeśli jeszcze nie zacząłeś).

Jeśli chodzi o zdjęcia to wygląda na to, że w tym czasie jest już znacznie więcej samochodów na ulicach niż dotychczas to sobie wyobrażaliśmy. W każdym razie ja muszę wziąć poprawkę na to.

Wyniknął jeden problem merytoryczny: Do pierwszego wodowania Titanica mamy około roku, a my się tu z żaglowcem bawimy. Wiem, że do zdjęcia pasuje , ale czy przypadkiem trochę nie naciągamy...

Co do deszczu to uważam, że co jak co, ale w Londynie nie można z tym przesadzić Od razu mi się przypomina pewien fikcyjny dialog londyńczyka z nielondyńczykiem:
- Często u was są takie mgły? -
- Ach, nie! Tylko kiedy nie pada. -

Yuen
-----------------------------------------------------------------------------------
- Z całym szacunkiem, ale bardzo zależy mi na rozwiązaniu sprawy jak najszybciej. Jeśli ma pan pytania - z chęcią odpowiem teraz. Szczerze mówiąc myślę, że u komendanta Chambersa trafię nie tyle na ścianę, co na gruby mur, a nie chcę zostać w kropce. - Nie tyle, że James był niecierpliwy. Nie tyle, że był zirytowany. Nie, po prostu chciał załatwić tę sprawę jak najszybciej. A zdawał sobie doskonale sprawę, że komendant odeśle go z powrotem do podwładnych.
- Wychodząc stąd chciałbym mieć chociaż pewność, że zajmiecie się państwo tą sprawą poważnie. Jeśli służby porządkowe robią coś takiego, to obywatele mają prawo prosić o podanie powodu takiego, a nie innego działania. - Zatrzymał się na chwilę, po czym postanowił dodać jeszcze jedną myśl
- Rozumiem doskonale pańską pozycję w tym momencie, wiem, że wie pan dokładnie tyle, co ja. Wierzę jednak, że może pan podjąc dużo skuteczniejsze działania, które pozwolą wyjaśnić tę sprawę. A to nam przecież obu chodzi. - Zakonczył z lekkim uśmiechem.

Michael Harman
-----------------------------------------------------------------------------------
"„Rany boskie…!” myślał Spencer. Ostentacyjnie wolnym ruchem sięgnął do szuflady, wyciągnął papierosy i zapałki, odpalił, zaciągnął się.
„Ten chłopak absolutnie nic nie rozumie. Hm… ale pretensje mogę mieć tylko do siebie. Za duży pośpiech, a przecież nie wszyscy rozumują jak policjant śledczy. Chłopak nie ma pojęcia, że ja tu z Chambersem będę się bawił w kotka i myszkę nawet, jeżeli to nie jest żadna afera i po prostu tracę czas i zdrowie…” uspokoił się i przechylił lekko na krześle.
- Panie Lancaster…- zaczął nieco oschłym tonem. – Po pierwsze, jak już mówiłem może zaszło jedynie nieporozumienie i jako przedstawicielowi bezpośrednio zainteresowanej spółki komendant ma obowiązek, chociaż powiedzieć, DLACZEGO NIE udzieli panu żadnych informacji, a to już coś. Po drugie, na część z moich pytań NIE JEST PAN WSTANIE w tym momencie mi odpowiedzieć, więc tak czy tak będziemy musieli się spotkać ponownie. Po trzecie, kto panu powiedział, że obu nam zależy na rozwiązanie TEJ sprawy? Nie wie pan czy mi na tym zależy, ja nie wiem czy PANU na tym zależy, obaj nie wiemy czy jakakolwiek sprawa w ogóle istnieje. Przychodzi pan do mnie i żąda informacji, których nie posiadam, namawia mnie pan żebym działał z pominięciem moich przełożonych. Na dodatek wpada pan tutaj zupełnie jak z księżyca! Czy przedstawiciel pańskiej spółki raczył, chociaż telefonicznie zawiadomić o pańskim przybyciu? Jeżeli tak to, czemu pan przychodzi do mnie, a nie do osoby umówionej?”
Detektyw strącił popiół z papierosa do popielniczki. Był zirytowany i zły na siebie, że w ogóle dał się w to wciągnąć. Z miejsca puścił w niepamięć wszystkie ułożone już plany działania i w tym momencie chciał już tylko spławić natrętnego petenta."

Gotowe. Chyba nadepnąłeś staremu gliniarzowi na odcisk...

Yuen
-----------------------------------------------------------------------------------
James zmrużył oczy. I przestał się uśmiechać. Nie ma to jak stary glina, który swoje frustracje wyładowuje na innych.
- Panie... - popatrzył ponownie na plakietkę z imieniem - Spencer... Od kiedy to obywatel ma obowiązek umawiać się z wyprzedzeniem na wizytę na policji?! Niedługo dowiem się, że kobieta napastowana późnym wieczorem na Jamaica Road będzie musiała wysłać oficjalne pismo z zapytaniem, czy policja nie przyjdzie jej łaskawie z pomocą! Przyszedłem do siedziby Scotland Yardu, kobieta w repepcji - pani Stacy jak mniemam - odesłała mnie do pana. Prosiłbym więc o nie naskakiwanie na mnie, jak na bezczelnego akwizytora!
Nie wiem skąd pan wziął przypuszczenie, że namawiam pana do działania z pominięciem przełożonych. Wie pan, nie było mnie przez dwa lata w Londynie i może się coś pozmieniało, ale jak sięgam pamięcią, to zazwyczaj obywatel przychodzi do osób najniższych rangą, czyli w tym wypadku pana, przedstawia swój problem, a te spisują protokuł i kierują sprawę dalej. Czy jeśli chce pan wysłać list, to pani przy okienku odsyła pana do naczelnika poczty? Nie. Jeśli jest jakiś problem, WTEDY pani w okienku kieruje sprawę do naczelnika, ale nie odsyła tam pana na "dzień dobry".
I gwoli ścisłości - zależy nam obu na rozwikłaniu tej sprawy. Mi, bo w innym wypadku by mnie tu nie było, panu, bo to jest pana OBOWIĄZEK.
- Wziął głęboki oddech. Zastanawiał się, czemu dał się tak łatwo wyprowadzić z równowagi. Dużo czasu minęło odkąd ostatnio miał styczność z zesztywniałą londyńską biurokracją.
- Prosiłbym więc aby nie odsyłał mnie pan do komendanta, który i tak się tą sprawą nie zajmie - bo czemuż by miał, jeśli jego podwładni nie wykazują takiej ochoty. Nie zna pan nawet szczegółów sprawy, nie spisuje pan żadnego protokołu... Przepraszam, ale zy to na pewno Scotland Yard?

Michael Harman
-----------------------------------------------------------------------------------
"Detektyw patrzył przez chwilę zdębiałym wzrokiem na Lancastera. Przechylił się do przodu żeby spojrzeć na nazwisko widniejące na jego plakietce, rozejrzał się po pomieszczeniu jakby znalazł się w nim po raz pierwszy w życiu. Zdusił do połowy wypalonego papierosa w popielniczce i usiadł prosto zakładając ręce na piersi.
- Nie mówiłem o obowiązku mówiłem o tym, że gdyby pan wcześniej się zapowiedział do nie musiałby pan się teraz użerać z tak niekompetentnym, najniższym rangą funkcjonariuszem jak ja… Chce się pan dowiedzieć coś o swoim statku? To czemu pan nie chce iść na górę do komendanta…? To tylko dwa kroki, a zapewniam, wbrew pana obawom, że komendant udzieli panu wyczerpujących wyjaśnień, bo najprawdopodobniej to on prowadzi śledztwo, a ja, choćbym chciał, nie potrafię panu pomóc, bo sam nic nie wiem. O co panu jeszcze chodzi?"

Obawiam się, że to jeszcze trochę może potrwać...

Yuen
-----------------------------------------------------------------------------------
James milczał przez długą chwilę. W głowie starał się ustalić tok myślenia oficera, jednak kompletnie go nie rozumiał. Łatwiej się porozumieć z przymitywnymi ludami w Afryce. W końcu przymknął oczy, głośno zaciągnął powietrze, otworzył oczy i upewnił się, że siedzi przed nim ten sam człowiek.
- Dobrze. Widzę, że dla pana istnieje tylko jedna możliwość zajęcia się tą sprawą. Pójdę zatem, dla pańskiego spokoju. I szczerze mam nadzieję, że trafię na bardziej zaangażowanego człowieka. Żegnam. - Wstał, lekko ukłonił się, po czym skierował się do pokoju komendanta.
Zapukał. Usłyszał typowe "proszę", wszedł do środka przedstawił się i zaczął objaśniać swój problem:
- Jestem przedstawicielem spółki New World Company i pragnę dowiedzieć się czegoś w sprawie Orana II, czy - jak go określa prasa - statku widmo. Spółka NWC jest jego właścicielem.
Komendant, pozbierał z biurka papiery, popatrzył na niego przenikliwie, wskazał mu krzesło i zaczął mówić:
- Tak, jest taka sprawa, zajmujemy się nią. Niestety śledztwo jest w toku i ze względu na jego dobro, nie mogę panu przedstawić żadnych dokładnych informacji. Proszę mi zostawić numer telefonu, a skontaktujemy się z panem, kiedy będziemy mogli powiedzieć panu coś więcej.
Lancaster nie był zadowolony.
- Dokładnie to samo, powiedział mi pański pracownik. Chciałbym jednak chociaż wiedzieć, jaki charakter ma ta sprawa.
- Jak już mówiłem, śledztwo jest w toku. Nie mogę udzielić żadnych informacji. Przepraszam za niegrzeczność, ale muszę wyjść teraz z biura, więc jeśli byłby pan łaskaw...
- Tak, rozumiem. Proszę, oto numer telefonu do kompanii - zapisał go i wręczył komendantowi. - Przepraszam za najście. Do widzenia.
Ukłonił się i opuścił biuro. Był zły, zirytowany. Po co w ogóle zgłosił się na ochotnika do zajęcia się tą sprawą?
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Michael Harman
Ultralisk


Dołączył: 05 Paź 2006
Posty: 103

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 12:09 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Proponuję zrobić przerwę aż wszyscy ochłoniemy...
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Zerdal
Łowca


Dołączył: 28 Wrz 2006
Posty: 701
Skąd: Zerus

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 12:44 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wczoraj mnie poniosło. Przepraszam wszystkich.
Robicie coś jeszcze czy mam wchodzić ze swoją wstawką?
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
yuen
Broodling


Dołączył: 09 Lip 2009
Posty: 23

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 3:25 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

no lancaster czeka, az sie odezwie do niego/do firmy ktos ze scotland yardu, wiec minimum do wieczora. proponuje, zebys wszedl ze swoja wstawka teraz
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Zerdal
Łowca


Dołączył: 28 Wrz 2006
Posty: 701
Skąd: Zerus

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 5:04 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Got it. Wrzuciłem razem z częścią poprzedniej wstawki, którą nieco pozmieniałem (m.in. dodałem opis wyglądu, zmieniłem dorożkę na samochód i jeszcze parę innych rzeczy).

To jest część PIERWSZA. Część drugą - wnętrze przytułku - postaram się dorzucić jakoś między 21-22.

---------------------------------------------------------------------------------
- A więc… jestem zdrowy?
Mężczyzna stojący przy oknie, nie odpowiedział od razu. Sprawiał wrażenie bardziej zainteresowanego widokiem na Bond street rozciągającym się z okna jego gabinetu. Ubrany był w staromodny frak.
- Właściwie tak, cierpi pan tylko na zaburzenia nerwicowe, zwłaszcza na tle obsesyjno-kompulsyjnym, do tego obniżona samoocena, nyktofobia, hemofobia…
Adams zbladł. Jego barwa skóry przybrała kolor płótna, spocone dłonie zacisnęły się na rzeźbionych oparciach wygodnego fotela. Mężczyzna we fraku, uśmiechnął się pod nosem i milczał jeszcze przez chwilę, żeby cieszyć się tą krótką chwilą narastającej niepewności swojego pacjenta.
- Nic szczególnego. Wie Pan, w dzisiejszych czasach. Ten ciągły stres, pogoń za interesami, wieczny brak czasu…
Poklepał Adamsa po ramieniu.
- Proszę odpocząć trochę, zrobić sobie kilkudniowy urlop za miastem. Pańska manufaktura może zaczekać. Jeśli się nie Panu nie poprawi, proszę do mnie przyjść ponownie…
- A byłby Pan uprzejmy przepisać mi jakieś lekarstwo?
- Ależ, oczywiście, byłbym zapomniał…
Uśmiechnął się, na pozór grzecznie, ale bardziej wprawny obserwator dostrzegłby w tym raczej ironiczny wyraz. Esther Hayes był pięćdziesięcioletnim mężczyzną, który życie poświęcił swojej największej pasji – psychologii. Pracował w zawodzie już od przeszło dwudziestu lat. Jego ciemne włosy zdążyło już przyprószyć pasmo siwizny, a oczy nie widziały tak dobrze jak kiedyś, toteż nosił okulary w okrągłych oprawkach. Pogładził swoje wąsy i sięgnął do szuflady swojego biurka wyciągając z niej mały słoiczek pełen białych, okrągłych pigułek wielkości fasoli.
- Proszę to brać trzy razy dziennie. Do widzenia.
Siłowo skierował pacjenta w stronę wyjścia, wciskając mu słoik w ręce.
- Uh, dziękuję Panie Hayes…
- Ależ nie ma za co, zawsze do usług.
Na twarzy Esthera po raz kolejny pojawił się wymuszony uśmiech. Adams ledwie zdążył zabrać płaszcz gdy doktor zatrzasnął za nim drzwi, wypychając go na zewnątrz.
Odetchnął z ulgą.
Ruszył w stronę biurka mrucząc coś pod nosem.
Rozwój przemysłu nabierał tempa. Rodziły się i upadały wielkie fortuny. A on musiał udzielać pomocy rzeszy znerwicowanych nowobogackich.
- Wszyscy są siebie warci…
Zaczął dokładnie przetrząsać zawartość szuflad, wyrzucając na podłogę korespondencje z Wiednia.
- Gdzie ja ją mogłem położyć…
Otworzył szufladę zapełnioną po brzegi słoikami. To było jego panaceum, przeciw wszystkim nieciekawym przypadkom, zrzędom które zawracały mu głowę swoimi małostkowymi problemami i dolegliwościami które nie miały w sobie ani nuty egzotyki. Ciekawe co by powiedzieli Ci „przeciętni” pacjenci gdyby dowiedzieli się że pigułki które zażywają to tylko utwardzona masa z mąki, jajek i cukru waniliowego?
Cóż było zrobić, że przeciętni zjadacze chleba utożsamiali leczenie z faszerowaniem się pigułkami i piciem cierpkich w smaku syropów? Od kiedy zaczął każdemu na odchodnym dawać placebo, znacznie polepszyła się jego renoma w dzielnicy. Co za ironia.
Przypomniał sobie. Spojrzał w stronę regału stojącego po przeciwnej stronie pokoju. Jego pułki po brzegi wypełniały zakurzone tomy poświęcone zagadnieniom którymi się zajmował. Psychologia rationalis Christiana Wolfa, Traktady Wundta, Teoria Nerwic i Psychoanaliza Freuda, pośród wielu innych, stłoczonych obok siebie. Regał zdawał się z trudem utrzymywać ciężar tak bogatej biblioteczki.
Na jednej z półek wciąż tliła się drewniana fajka.
Rozpalił ją na nowo, zaciągnął się parę razy. To mu zawsze poprawiało nastrój.
Stary, wahadłowy zegar z kukułką, stojący przy regale, obwieścił wybicie pełnej godziny. Esther ponownie wyjrzał przez okno. Dzień był pochmurny, co w Londynie nie było żadną nowością. Ciemne chmury mieszały się ze smolisto czarnym dymem z licznych kominów domostw i fabryk, gdzieniegdzie promienie słońca przebijały się przez ten wiecznie unoszący się nad miastem opar.
- Chyba pora rozprostować nogi.
Sięgnął po płaszcz, kapelusz i swoją ulubioną rzeźbioną laskę, równie staromodną co jego granatowy frak…
Chwilę później kroczył już przez zatłoczoną Oxford Street, kierując się w stronę Hyde Parku. Ledwo udało mu się uskoczyć przed nadjeżdżającym samochodem, gdy poczuł że ktoś na niego wpadł.
- Sensacja! Sensacja! Statek widmo! Kup gazetę! Tylko pięć pensów!
Mały chłopiec w berecie, objuczony stosem gazet, które jakimś cudem był w stanie nosić, nie przestawał krzyczeć i wymachiwać mu przed nosem egzemplarzem London News, na którego pierwszej stronie widniał spory nagłówek i zdjęcie statku.
- Kup gazetę! Kup gazetę!
- Masz, tylko na litość boską, zostaw mnie spokoju.
Hayes był wyraźnie zirytowany. Kiedy tylko pozbył się wrzeszczącego małolata ruszył w dalszą drogę, przeglądając artykuł który mimowolnie dał sobie wcisnąć.
Statek Widmo… Scotland Yard odmawia komentarzy… członkowie załogi przewiezieni do szpitala… mediom nie udzielono dostępu do chorych… oddział szpitala objęto kwarantanną…
- Co za bzdury…
Rzucił gazetę w rynsztok, pełen dezaprobaty.
Esther Hayes nie znosił dziennikarzy i nieczęsto też czytał gazety. Irytowała go ciągła pogoń za sensacją, która często posuwała się do koloryzowania rzeczywistości, lub nawet przedstawiania pogłosek i zmyślonych opowiastek jako autentycznych zdarzeń. Jedno było pewne – kiedy tylko pojawiał się jakiś chwytliwy temat, dziennikarskie hieny eksploatowały go do oporu, żeby tylko mieć o czym pisać w następnej gazecie. Tak zresztą było z głośną sprawą mordercy którego prasa ochrzciła mianem „Jack The Ripper”, dwadzieścia lat temu, na podstawie rzekomego listu który został wysłany do jednej z gazet. Media jeszcze długo po tym jak sprawa przycichła utożsamiały każde morderstwo z jednym, wręcz legendarnym zabójcą, którego tożsamości nigdy nie ustalono…

* * *

Ze snu wyrwało doktora stukanie kołatki, zamontowanej na drzwiach wejściowych.
Spojrzał na tarczę zegara. Dochodziła trzecia.
Hę?
Stukanie stało się znacznie bardziej natarczywe.
Kogo niesie u diabła, o tej porze?!
Z trudem zmusił się do wstania z łóżka, zaklął cicho kiedy jego bose stopy dotknęły zimnej drewnianej podłogi. Po omacku starał się odnaleźć szlafrok i papucie.
Kołatka już nie stukała, tylko dosłownie WALIŁA o drzwi.
- Idę, już idę do cholery!
Rozpalił lampkę naftową i ruszył do drzwi poprawiając szlafrok i dygocąc z zimna. Otworzył drzwi, nie zdejmując łańcuszka z zasuwą, dość wątpliwej ochrony przed ewentualnym włamywaczem.
W świetle lampy zobaczył twarz mężczyzny. Miał krótko przystrzyżone wąsy, nosił elegancki ciemny garnitur i krawat. Z tyłu stał drugi, również w garniturze, ale przy tak słabym świetle był ledwie widoczny.
- Dobry wieczór. Pan Hayes?
- A Panowie w jakiej sprawie?
Spojrzał nieufnie na dwójkę mężczyzn. Ta parka wyglądała mu bardzo podejrzanie. W dodatku, goście wpadający z wizytą o takiej porze, nie wróżyli nic dobrego.
- Nazywam się Hyman Scott. A to Pan Robert Slade – wskazał stojącego za nim mężczyznę – ponoć jest pan specjalistą w swoich fachu.
- Na miłość boską, jest środek nocy! Proszę przyjść rano! – Esther nie krył irytacji w głosie. Chciał już zamknąć drzwi, ale Scott był szybszy. Błyskawicznie złapał ręką ich boczną stronę.
- To się panu opłaci, Panie Hayes. Jeśli tylko zechce pan poświęcić godzinę lub dwie, zapłacimy panu za samą fatygę zdiagnozowania chorych i znacznie więcej, jeśli podejmie się pan ich leczenia…
- To już za dnia nie można było, przyjść?! – doktor nie przestał napierać na drzwi.
- Ci ludzie posiadają kluczowe informacje dla rozwoju pewnego śledztwa, a sprawa ta wymaga dyskrecji. Musieliśmy podjąć pewne środki ostrożności.
Scott i Hayes patrzyli sobie przez chwilę w oczy. W ciszy jaka zapadła, słychać było deszcz dudniący o rynny, a woda ściekająca po szybie i przesączająca się przez nią poświata księżyca, tworzyła na podłodze surrealistyczne wzory, jakby żywcem wyjęte ze snów schizofrenika.
- Panowie ze Scotland Yardu? Chciałbym zobaczyć odznakę…
- Oczywiście. Oto ona.
Esther przyjrzał się uważnie. Wyglądała na autentyczną.
- To ciężkie przypadki, a nam zależy na czasie. Potrzebujemy fachowca. Kogoś takiego jak Pan.
Doktor przestał naciskać. Trochę się uspokoił.
- Więc chcecie, żebym sprawił że się przede mną otworzą, żebyście mogli ich przesłuchać?
- Dokładnie tak, panie Hayes.
- I to nie może zaczekać?
- Niestety dla dobra śledztwa, powinni zacząć mówić jak najszybciej. To poważna sprawa.
Hayes westchnął ciężko. Z jednej strony zupełnie nie miał ochoty wychodzić z mieszkania w taką pogodę i do tego w środku nocy. Ale z drugiej jeśliby nie przystał na ich żądania, mogliby go pociągnąć do odpowiedzialności za utrudnianie śledztwa. W dodatku mieli mu za to zapłacić, więc nie pozostało nic innego jak przezwyciężyć zmęczenie i zacząć się ubierać.
- Proszę mi dać chwilę. Muszę się ogarnąć…
- Dobrze. Będziemy czekać na Pana w samochodzie.

* * *

Mijali rzędy ulic, tych większych i tych mniejszych. Tych którymi Esther często się przechadzał i tych od których trzymał się z daleka, nawet w biały dzień. Dzielnice bogate i tętniące życiem, oraz te w których czas zdawał się zatrzymać, a budynki jak i ludzi toczyła choroba zwana biedą. Nędza, rozpacz i resztki dawnej świetności upadłych lokali, zakładów, manufaktur. Miasto było o tej porze wyludnione, choć niekiedy trafiało się na „oazę”, knajpę do której ludzie zlatywali niczym zbłąkane ćmy. Światło, muzyka i głośny gwar pijanych ludzi wylewający się na brukowane ulice. Innym razem można było minąć kilka przecznic i nie dostrzec żywej duszy. Czasem jakiś ledwie widoczny cień przemykający gdzieś we mgle, innym razem ulicznica pod latarnią, czy pijak starający się znaleźć drogę do domu po nocnej libacji. Podczas gdy przykładni obywatele byli pogrążeni w głębokim śnie, ze snu budzili się Ci którzy swoje sprawy woleli załatwiać z dala od światła dziennego, oraz Ci którzy chcieli się przed nim ukryć.
Pijaczyny topiący majątek i słabości w morzu whiskey.
Upadłe kobiety, sprzedające swe ciała za parszywe pieniądze.
Hazardziści ufni w uśmiech losu, trwoniący dorobek życia w jednej chwili.
Włamywacze szukający pośród mroku łatwej okazji do zdobycia cudzej fortuny.
Bezimienni mordercy czający się we mgle, brutalnie kaleczący swoje ofiary i znikający bez śladu.
Londyn pod osłoną nocy, żył swoim drugim, mrocznym życiem.
- Tak właściwie, to gdzie my jedziemy? - spytał Esther, zaniepokojony że kierują się w nieznaną mu część miasta.
- Do zakładu dla obłąkanych Św. Walentego – odparł Scott siedzący obok. Prowadził Slade.
- Tamtejsi psychiatrzy sobie z nimi nie radzą?
- Może i radzą ale nie na sposób któryby nas zadowolił.
- Kim są Ci ludzie?
- Zapali pan?
Hyman wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował doktora.
- Chętnie, ale nie odpowiedział pan na moje pytanie.
- To członkowie załogi Orana II.
- Tego „Statku Widmo?”
Scott spojrzał na niego, po czym wybuchnął śmiechem.
- Ha ha ha, widzę że czytał pan wczorajsze gazety. Tak, właśnie tego. Nieźle rozdmuchali całą tą sprawę. Co nie zmienia faktu że wszystko co napisali to stek bzdur, podparty czczymi domysłami. Tak naprawdę, nie wiedzą nic.
Mężczyzna zapalił papierosa swojego i Hayes’a grawerowaną zapalniczką.
- Słyszałem że przewieziono ich do jakiegoś szpitala. Że było zagrożenie epidemią, wprowadzono kwarantannę…
- Oficjalnie tak i wciąż tam leżą. Nieoficjalnie, zostali przeniesieni do przytułku natychmiast po tym gdy stwierdzono że pod względem fizycznym są zupełnie zdrowi. Zrobili im wszystkie badania, jakie gwarantuje współczesna medycyna.
- Po co ta cała maskarada?
- Widzi pan – odparł Scott wydmuchując dym – wśród arystokratycznych rodów i ludzi wyżej postawionych kwitnie moda na egzotyczne kultury i wszystko co z nimi związane. Zwłaszcza te najmniej poznane i starożytne. Ci którzy mają odpowiednie wpływy i są w stanie za to zapłacić, chętnie i hojnie sponsorują wyprawy w niezbadane rejony, płacąc dodatkowo za każdy antyk jaki uda się przywieźć.
- A rejs Orana był taką właśnie ekspedycją? – Hayes bardziej stwierdził, niż spytał.
- Zgadza się. Tylko tym razem coś poszło nie tak. Załoga liczyła dwadzieścia pięć osób. Wróciło zaledwie sześć, w ciężkim szoku. Zobaczy ich pan – każdy zaszczuty, jak zmaltretowane zwierzę. Po prostu kłębek nerwów.
- Wciąż to jednak nie wyjaśnia, dlaczego cała ta sprawa jest otaczana taką dyskrecją. I dlaczego prasie podawane są informacje lakoniczne i fałszywe.
Scott patrzył na Hayes’a, uśmiechając się w nieco drwiący sposób.
- Nadal Pan nie rozumie? Te przedmioty trafiają później do prywatnych kolekcjonerów, a nie do muzeów. Na aukcjach przeznaczonych dla wąskiego grona zainteresowanych osiągają astronomiczne kwoty. To nielegalny handel dziełami sztuki i to na dużą skalę. Były naciski na Scotland Yard ze strony inicjatorów tego rejsu i ich rodzin, żeby sprawę wyciszyć. Oficjalnie działamy po ich myśli, a w rzeczywistości nad rozwiązaniem sprawy cały czas pracuje nasza komórka.
Hayes był nieco oszołomiony tak dużą ilością informacji.
- D… Dlaczego mówi mi Pan to wszystko? Przecież to informacje poufne, dotyczące śledztwa.
- Oczywiście że są poufne – uśmiechnął się Scott – Ale to Pan będzie się je starał wydobyć ze świadków, lepiej żeby wiedział Pan o co pytać.
- O, chyba już jesteśmy na miejscu - Scott wskazał przez okno starą, dużą kamienicę, z rzędami zakratowany okien. Z zewnątrz budynek wyglądał jak więzienie i gdyby nie zielona tabliczka ze złotymi napisami St. Valentine’s Asylum, nietrudno byłoby się pomylić.
Z nieba wciąż lał się rzęsisty deszcz…

* * *

So, what do ya' think Smile
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
yuen
Broodling


Dołączył: 09 Lip 2009
Posty: 23

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 5:58 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

gwoli scislosci - to sie dzieje w noc PO przyplynieciu orana II do portu? Czyli w nocy z poniedzialku na wtorek?

Ok, ja pod wieczor (raczej pozny) wrzuce cos ze strony lancastera. Konkretnie - reszte poniedzialku.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Zerdal
Łowca


Dołączył: 28 Wrz 2006
Posty: 701
Skąd: Zerus

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 6:31 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

yuen napisał:
gwoli scislosci - to sie dzieje w noc PO przyplynieciu orana II do portu? Czyli w nocy z poniedzialku na wtorek?


Dokładnie tak Smile Jeśli ktoś uważa że to powinno być później jestem otwarty na sugestie. W każdym razie pisząc pisałem tak, że to jest noc dnia w którym spotkałeś się ze Spencerem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Michael Harman
Ultralisk


Dołączył: 05 Paź 2006
Posty: 103

PostWysłany: Wto Lip 14, 2009 7:26 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

A ja jestem w kropce. Po tym jak Lancaster nie przyjął pomocy Spencera, nie mam pomysłu jak go wpleść w intrygę. Myślałem o jakimś tajemniczym wydarzeniu, który ma związek z najmroczniejszą stroną sprawy Oran II, ale na to mam wrażenie jest jeszcze za wcześnie. Czekam na jakąś okazję, jeżeli ktoś ma jakiś pomysł to chętnie go przetestuje.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
yuen
Broodling


Dołączył: 09 Lip 2009
Posty: 23

PostWysłany: Sro Lip 15, 2009 7:28 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Hm, no sprawa zajmuje sie policja, policja musi odezwac sie do lancastera. Ja widze bardzo duzo mozliwosci wciagniecia w to spencera;p
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Michael Harman
Ultralisk


Dołączył: 05 Paź 2006
Posty: 103

PostWysłany: Czw Lip 16, 2009 1:18 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Sprawą się zajmuje Yard, ale w niepełnym zakresie (jak ustaliliśmy już, najwięcej do gadania mają ludzie "zupełnie nieprzypominający policji"). W dodatku Yard wydzielił do tej sprawy osobną komórkę do której Spenecer nie należy i nic nie wskazuje na to żeby miał do niej dołączyć (Spencer nie jest w Yardzie "mężem zaufania", opisywaliśmy go jako krnąbrnego indywidualistę który ma ciągle zatargi z przełożonymi o działanie na własną rękę). Zakładając, że Spencer będzie tym fukcjonariuszem, który ma się skontaktować z Lancasterem to co z tego? Spencer: "Przepraszamy, ale śledztwo w toku, nie możemy nic ujawnić, na pewno pana powiadomimy, dziękuję." Lancaster: "Aha, dziękuję." Razz

Ja widzę bardzo nikłe możliwości wciągnięcia w to Spencera Razz (przynajmniej w tym momencie, może spróbować go wpychać ze strony Hayes'a? Co o tym myślisz Dominik?)
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Zerdal
Łowca


Dołączył: 28 Wrz 2006
Posty: 701
Skąd: Zerus

PostWysłany: Pią Cze 04, 2010 10:28 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Dobra panowie, nie wiem jak Wy ale ja uważam że ten motyw jest zbyt dobry, żeby go po prostu zostawić... wznawiamy coś?
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum StarCraft RPG Strona Główna -> Sesja - Zerdal Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5
Strona 5 z 5

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group